wtorek, 18 listopada 2014

Mój pierwszy blog

Dla wszystkich chcących się pośmiać :) Mój blog, który pisałam w wieku 7 lat :P warte obejrzenia ;)
http://gluciee.blog.onet.pl/

Krucho - drożdżowe babeczki część 2

Hej :). Dzisiaj zrobiłam krucho - drożdżowe babeczki z serem. Ale raczej nie polecam... Chyba zrobiłam coś nie tak, bo nie chciały wyjść z foremek ;). A na dodatek zapomniałam posłodzić ser... W każdym razie nie podaję przepisu, sam pomysł jest dość smaczny, bo kiedyś takie robiłam, więc gdyby ktoś spróbował, czekam na dobry przepis na ser :).

poniedziałek, 17 listopada 2014

Krucho-drożdżowe babeczki z budyniem :)

Kiedy ostatnio wracałam z Warszawy do domu, kupiłam sobie w przejściu podziemnym babeczkę z budyniem :) I potem pół dnia o niej myślałam... Postanowiłam upiec takie same babeczki.
Nie wyszło.
Oczywiście są smaczne, nawet bardzo smaczne, ale nie takie same.
Ale co tam, przepis podam i tak ;)

Składniki (na 12-14 babeczek - ciasto jak do szarlotki)
  • 2 szklanki mąki
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • jajko
  • pół kostki masła
  • łyżeczka cukru waniliowego
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 10g drożdży
  • łyżeczka oliwy
  • budyń waniliowy + łyżeczka masła
  • ew. 2 łyżki śmietany
Przygotowanie
Ze składników (poza budyniem) zagnieść ciasto. Ja dodałam trochę śmietany, ale jeśli mam być szczera, nie czułam różnicy.
Ciasto zawinąć w folię aluminiową i włożyć do lodówki.
Ugotować budyń (dodać mniej wody - u mnie 1,5 szklanki zamiast 2).
Foremki do babeczek posmarować masłem i wylepić ciastem. Nałożyć po łyżce budyniu i zakryć krążkami z ciasta ( rozpłaszczyć w rękach lub rozwałkować i wyciąć szklanką). Brzegi krążków przykleić do foremki. Piec ok 20 minut w 180°C ( poznacie, że są dobre, po kolorze i zapachu)
Smacznego!











sobota, 15 listopada 2014

Bułki czosnkowe

Idealne na kolację, najlepiej do rodzinnego filmu :)
Przepis na cztery porcje
Składniki:
  • cztery półbagietki
  • 1/4 kostki masła
  • ząbek czosnku
  • zioła prowansalskie
  • ser żółty (6-8 plastrów lub w kostce)
  • folia aluminiowa lub papier do pieczenia

Przygotowanie:
Masło wymieszać z rozgniecionym czosnkiem i dużą ilością ziół prowansalskich. Jeżeli masło jest z lodówki, najwygodniej jest je zmiękczyć (ale nie rozpuścić!) w mikrofalówce, tak by łatwo można je było rozgnieść widelcem.
Bułki nakroić i posmarować masłem. Pomiędzy "kromki" włożyć kawałki sera (lub starty, jeżeli używamy w kostce).
Gotowe półbagietki owijamy folią lub papierem do pieczenia (polecam folię, bo można nią dokładnie okleić bułki) i pieczemy 20 minut w 150 stopniach na termoobiegu.
Smacznego!







Senna Rowerzystka

Jechaliście kiedyś rowerem strasznie zaspani, tak wcześnie, że ulice były jeszcze puste? Jeżeli tak, to napiszcie, czy też się tak czuliście :) A jeśli nie... to po prostu przeczytajcie!

Senna Rowerzystka



W starym, za dużym kasku,
Z przymrużonymi oczami,
Jedzie Senna Rowerzystka
Pustymi ulicami.

Raz po raz ziewa,
Kask na oczy spada,
Żeby nie zasnąć śpiewa
Senna Rowerzystka.

Wolno się kręcą pedały,
Albo nie kręcą się wcale,
Bo zamykają się oczy
Sennej Rowerzystki.

Zasypia i zjeżdża na drogę
Samochód warczy ze złością,
Zaraz straci nogę
Senna Rowerzystka.

Zatrzymują się pojazdy,
Ludzie się śpieszą do pracy,
Klaksonów ryki i wrzaski budzą
Senną Rowerzystkę.

Zjeżdża sennie z drogi
I sennie kask poprawia
Sennie macha na zgiełk wrogi
Senna Rowerzystka.

Rusza wolno, bez pośpiechu
Mija pierwszych ludzi
Lepiej zaraz zejść jej z drogi
Sennej Rowerzystce.

Zatrzymuje rower i patrzy na niebo
Jak się słońce przez domy przeciska
Wie, że się jej czas kończy
Senna Rowerzystka.

Wsiada na rower
I znika za domami
Żeby jutro o brzasku znów pojechać
Sennymi tak rano drogami,
Senna Rowerzystka.

Opowiadanie ze zdjęciem

Część z Was pewnie słyszała o konkursie na opowiadanie w gazecie "Victor Gimnazjalista". Wybiera się zdjęcie i pisze o nim historię. Ponieważ wysłałam moją pracę, ale nie udało mi się wygrać, postanowiłam podzielić się nią z Wami :)






Teatr

Dzień zaczynał się jak zwykle. Smutno. O szóstej przywitał mnie szum deszczu. Otworzyć oczy. Wstać z łóżka. Śniadanie. Nie, bez śniadania. Kawa… nie, wystarczy mocna herbata. Szkoła. Dziwne… czułem wręcz śmieszny lęk przed szkołą, paraliżujący mnie każdego ranka. Przecież nigdy nie byłem wyśmiewany, poniżany, czy choćby obgadywany, pomimo nienaturalnie niskiego wzrostu... Ten dziwny strach był - nawet dla mnie samego - po prostu zagadką.
Mimo wszystko przecież poszedłem tam, jak zawsze. Wolno, bez pośpiechu… powłócząc nogami w strugach deszczu. Czując się w wielkim gmachu bardziej samotny niż zwykle, umknąłem przed “kolegami” i skuliłem się na podłodze przy drzwiach klasy.
Zamknąłem oczy. Przestałem słyszeć, co się dzieje wokół mnie, odpływałem, odchodziłem, znikałem...
Tęskniłem za tym miejscem. Często tu przychodzę.
Otworzyłem oczy. Nadal byłem skulony, ale teraz nie słyszałem nic poza ciszą.
Wyprostowałem się, zszedłem z wysokiego stołka i rozejrzałem, wyjątkowo próbując odgadnąć, gdzie właściwie jestem. Dotąd się nad tym nie zastanawiałem. Wszystko tu było znacznie większe niż powinno, a ja sam byłem mniejszy i młodszy niż powinienem. Tak naprawdę znów byłem małym chłopcem, szarym i smutnym. Stałem na wielkiej scenie, w teatrze wypełnionym po brzegi ludźmi. Nie czułem się onieśmielony, wręcz przeciwnie: tylko tu czułem, że jestem na swoim miejscu.
W najgorszych, najcięższych momentach życia przychodziłem właśnie w to miejsce.
Żyłem nim, śniłem i marzyłem tylko o nim. Nie poznałem go do końca, ale kochałem je. Dopiero kiedy czas się nie liczy, kiedy nic tak naprawdę się nie liczy, można się poczuć naprawdę bezpiecznie. Ja mogę się poczuć naprawdę bezpiecznie. Wstałem. Z widowni dobiegły nietłumione śmiechy: tu zawsze byłem tym, kim się czułem - zupełnie niezależnie od wieku, a to miejsce istniało przecież od… zawsze. Uśmiechnąłem się, jakbym opowiedział dobry dowcip, przecież wiedziałem, co tak rozbawiło publiczność.Teatralnym gestem zdjąłem z głowy wysoką czapkę pajaca i ukłoniłem się. Śmiechy zamieniły się w brawa. Czy naprawdę na nie zasłużyłem? Czy zrobiłem coś ważnego? Uśmiechnąłem się szeroko i znów ukłoniłem. Ludzie wstali i zaczęli gwizdać, krzyczeć i machać.
Czułem się lepiej jako dziecko, w swojej czapce. Zrozumiałem to. Tłum dalej hałasował.
Chcą, żebym z nimi został.
Ja też tego chcę, tu jest dobrze, lepiej niż w rzeczywistości, niż w realnym, dalekim świecie.
Ale trzeba wracać, trzeba żyć… Nawet ten dźwięk jest znajomy, przypomina przytłumiony gwar rozmów na przerwie. I deszcz.
Założyłem na głowę czapkę i wróciłem na krzesło.
Zgarbiłem się, oparłem brodę na ręce. Trzeba wracać. Trzeba się nauczyć czerpać odwagę i siłę do życia z niezwykłości tego miejsca.
Ludzie zamarli w bezruchu, a w ciszy, która zapadła, usłyszałem szalony łomot własnego serca. Mimo przemyśleń, mimo zrozumienia czułem, że robię to wbrew sobie, że nie powinienem tego robić. Jeszcze chwila. Ostatnia.
Zamknąłem oczy. Powrót zawsze jest trudniejszy, bo wracać można tylko do domu, a tamto miejsce nie jest domem. Powoli znów zacząłem słyszeć odgłosy codzienności.
Na szkolnym korytarzu zaroiło się od uczniów. Podniosłem się z podłogi, pobieżnie otrzepałem ubranie i wszedłem do klasy. Wszyscy już zajęli miejsca, więc dwadzieścia pięć par oczu śledziło każdy mój ruch. Spojrzałem w okno i przez chwilę w strugach deszczu dostrzegłem twarz małego chłopca. Patrzył na mnie i uśmiechał się, ale krople wody spływały po jego drobnej twarzy jak łzy. Naśladując mój ruch szybko podniósł rękę do głowy i teatralnym gestem zdjął wysoką czapkę pajaca. Postawiłem ją na stole koło dużego zeszytu. Potem otworzyłem go powoli i powiedziałem:
- Wyjmijcie długopisy i zapiszcie temat.

piątek, 14 listopada 2014

Opowiadanie

Niezbyt wesołe, ale (mam nadzieję) warte przeczytania opowiadanko. Z góry przepraszam za ewentualne literówki.


Buntownik
Historia, którą chciałabym opowiedzieć, zaczyna się w dość nietypowym miejscu - w szpitalu psychiatrycznym. Chodzę tam co tydzień na psychoterapię, odkąd moi rodzice się rozwiedli.
Tego dnia, a był to jak zwykle poniedziałek, wysiadłam ze zwieszoną głową z autobusu. Szybko jednak musiałam ją podnieść, by w kogoś nie uderzyć - grupa pacjentów właśnie szła na spacer. Kilku mi pomachało. Uśmiechnęłam się nieco sztucznie i odmachałam. I - o dziwo - wrócił mi dobry humor.
Pchnęłam ciężkie drzwi i skrzywiłam się. W ciasnym przedsionku, za olbrzymią szafą stał chłopak. Palił papierosa - śmierdziało niemiłosiernie. Rzuciłam mu pogardliwe spojrzenie, ale kiedy zobaczyłam jego twarz, serce podeszło mi do gardła. Znałam go.
***
Tydzień temu wracałam ze sklepu. Nie mieszkam w zbyt przyjemnej dzielnicy, więc nie zdziwił mnie widok nadciągającej z przeciwka bandy nastolatków. Uniosłam wyżej głowę i chciałam ich obojętnie wyminąć. Ale jeden z nich pozwolił sobie na mocno wulgarną uwagę na mój temat. Wściekłam się. I zanim zdążyłam pomyśleć, z całej siły nadepnęłam mu na stopę. Złapałam rękaw jego skórzanej kurtki i szarpnęłam.
-       Powiedz to jeszcze raz! - wrzasnęłam. Był mojego wzrostu, więc nie mógł spojrzeć na mnie z góry, ale uśmiechnął się drwiąco i wyszarpnął rękaw z mojego uścisku.
-       Uważaj, laleczko… - obleśnie uśmiechnął się inny.
-       Przestańcie - przerwał spokojny głos. Należał do wysokiego chłopaka o błękitnych oczach i jasnych włosach.
-       Oo, Buntownik przemówił… - z odrobiną szacunku w głosie skomentował jeden z brzydali. Buntownik nie zaszczycił go spojrzeniem. Odwrócił głowę i spojrzał na tego, który mnie zaczepił. Gdybym nie drżała ze strachu, pewnie bym syknęła; jego łagodny, wręcz dziewczęcy wygląd psuła paskudna szrama, biegnąca przez prawy policzek do samego oka.
-       Przeproś - rozkazał cicho.
-       Pogięło cię?! - wulgarny osobnik, pozbawiony skrupułów, ryczał na pół ulicy.
-       Przeproś, stary - nieco ostrzej odparł Buntownik.
-       Przepraszam… - niechętnie i wyraźnie nieszczerze wysyczał wyrostek, odwracając wzrok. Szef bandy skinął głową. Zdążyłam złapać jego przelotne spojrzenie. Beznamiętnie lodowate. Odeszli.
Odetchnęłam z ulgą, czując, jak drżą mi kolana.
A teraz, z papierosem w dłoni, Buntownik jak gdyby nigdy nic stał w wejściu do szpitala psychiatrycznego.
-       No cześć… - powiedziałam nieśmiało. Skinął mi głową. Jego oczy były zimne.
Ale wszystko zmieniło się po kilku tygodniach, kiedy zrozumiałam, że Buntownik spędzi tu trochę czasu. Postanowiłam traktować go jak resztę znajomych - z sympatią.
Nie wiem, kiedy nasza znajomość przerodziła się w przyjaźń. Ale czułam, jak z każdą kolejną wizytą w szpitalu i z niego, i ze mnie spadają kolejne maski.
To było niesamowite uczucie. Zupełnie nowe. Darzyliśmy się zaufaniem i samo to sprawiało, że coraz częściej się uśmiechałam i coraz rzadziej myślałam o własnych problemach.
Bo te jego wciąż spędzały mi sen z powiek. Opowiedział mi, dlaczego tu jest i ską ma tę straszną bliznę. Mówił, że…
… “Uznali mój bunt za chorobę. Mówili, że jestem chory, że zdrowi ludzie nie próbują odebrać sobie życia”.
Nasza relacja była dziwna, przyznaję. Budziła we mnie niezrozumiałe uczucia - czy naprawdę można komuś ufać na tyle, by opowiedzieć o swojej chorobie i jednocześnie nie zdradzić prawdziwego imienia?
Buntownik…
Ostatniego dnia, kiedy ze sobą rozmawialiśmy, był dla mnie wyjątkowo miły. Ciepły. Naprawdę żywy - jakby nareszcie wyrwał się z tego paskudnego stanu półżycia, z rozmyślań o śmierci. Kiedy powiedziałam, że muszę wracać do domu, przytulił mnie mocno i powiedział:
-       Cieszę się, że jesteś tak wyjątkowa.
Potem okazało się, że nie był szczęśliwy. Był wesoły, bo udało mu się opracować ostatni, prawie idealny plan. Kiedy po tygodniu wróciłam, już nie żył.
Na szczęście, nie był martwy.
Siedziałam przy nim i ze zgrozą myślałam o tym, co powiedział o umieraniu: “Kiedy choroba sprawia, że śmierć staje się celem, umieranie jest po prostu niezbyt przyjemnym, ale koniecznym etapem w dążeniu do tego celu”.
Lekarze mówili, że jego stan się poprawia. Że na pewno się obudzi.
Ale on był Buntownikiem. Nie zamierzał się budzić.